„Niech cię Bóg ubłogosławi” – mawiał na koniec rozmowy

Ks. Lucjan Skolik

 

Niech cię Bóg ubłogosławi – mawiał na koniec rozmowy

 

Pamięć jest duchowym dziedzictwem. Kształtuje teraźniejszość. Z perspektywy czasu widać to wyraźnie. Dlatego pamięć jest przyjaciółką budzącej się hic et nunc wdzięczności. Pamięć o ks. Stanisławie Biście w moim przypadku jest wdzięczna, gdyż zrodził ją tajemniczy wewnętrzny wdzięk tamtych wspólnie spędzonych lat.

Od samego początku, kiedy go poznałem podczas pierwszych dni pobytu w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym w Krakowie, powtarzał, że myślą przewodnią jego posługi wychowawcy naszego rocznika są sparafrazowane słowa, jakimi Pan Jezus modlił się do swojego Ojca za uczniów podczas Ostatniej Wieczerzy: Ustrzegłem ich… Uświęć ich w prawdzie, aby nikt nie zginął, z tych których mi dałeś…(por. J 17, 12). Do nich ks. Stanisław wracał w modlitwie, której byliśmy świadkami w seminaryjnej kaplicy p.w. św. Stanisława Kostki.

Mówił zawsze głośno i wyraźnie. Miał donośny i dźwięczny głos. Trudno było czegoś nie dosłyszeć, nawet jeśli w kaplicy czy na konferencjach było dwustu słuchaczy. Homilie i konferencje były zawsze uporządkowane i wnikliwe, piękne. Piękno to widać również w jego tekstach.

Ten swój pierwotny program realizował po ‘bistowsku’, jak mawialiśmy, z uporem. Interesował się żywo każdym z nas. Znał nas i nasze rodzinne środowiska. A i te środowiska pamiętają o nim. Moja mama do dziś, co jakiś czas, daje na Mszę św. za ks. Stanisława, zwłaszcza 23 grudnia, mimo, że od jego śmierci upłynęły lata. W rodzinnych Kochłowicach ma swoją ulicę. Leżeli mu na sercu ci, którzy odeszli podczas studiów i ci, którzy później porzucili drogę kapłańskiej posługi. Ciągle gotowy do udzielenia pomocy. Dla wszystkich miał zawsze czas.

Podczas rozmów wydawało się, że czas dla niego nie istnieje. Spoglądał na rozmówcę przez swoje kilkunastodioptrowe, niemodne i ciężkie okulary, i zawsze był do bólu rzeczowy i precyzyjny. Pomagało mu w tym jego doskonałe prawnicze wykształcenie i praktyka w Sądzie Biskupim. Palił przy tym swoje ulubione Carmeny – przełożonym wolno było wtedy palić – i pił nieskończone ilości kawy po turecku (o ekspresach do kawy nikt wtedy nie słyszał). Przy całej swojej rzeczowości nie był jednak wyzuty z emocji, co rozmowie nadawało uroku, bezpośredniości i pewnego napięcia. Potrafił być bratem, to znaczy miał zdolność wczuwania się w sytuację rozmówcy, a nawet jakby stawania po jego stronie. Był niezwykle dyskretny, co sprawiało, że chętnie mówiliśmy o swoich problemach, nawet tych najbardziej skrytych. Nigdy nic nie „wyciekało”. Tę kulturę rozmowy i dochowywania tajemnicy podglądaliśmy, uczyliśmy się jej chętnie i podziwialiśmy. Nierzadko, gdy na horyzoncie życia seminaryjnego pojawiały się trudności, powtarzaliśmy między sobą: „A u Bisty, byłeś?”.

Kiedyś, chyba w połowie drugiego roku, napisałem Drogę Krzyżową. Ot, tak. Drobiazg. Ale jemu odważyłem się ją pokazać. Ucieszył się szczerze. Potrafił dostrzegać drobiazgi i radować się każdym okruchem dobra. Napisał mi potem kartkę. Do dziś mnie porusza. Muszę ją pokazać.

 

link alternatywny: Bista.png

Ale ks. Bista wiedział, że pracuje w seminarium, że nie jest sam. Nie obca mu była tradycja seminaryjnej instytucji, którą badał z perspektywy historyczno-kanonistycznej.[1] Kierował również niższym seminarium w Katowicach. Rozumiał, że seminarium podlega rozwojowi. Podobnie, jak musiała się rozwijać koncepcja tej instytucji zarysowana przez Tridentinum, tak i ta, wywodząca się z Vaticanum II, wymagać będzie przekształceń, akomodacji.[2]  Pracował zatem w zespole. Rektorem seminarium był wówczas ks. Stanisław Szymecki. Razem z nim wspólnotę przełożonych, jak się wtedy mówiło, a było to naprawdę coś nowego, do czego może warto wrócić, tworzyli ks. Zimoń, ks. Dyllus, ks. Chwila… Zespołowi temu, bardzo zgranemu i zgodnemu w działaniach wychowawczych, ks. Bista nadawał specyficzny koloryt, zauważalny przez alumnów. Potrafił, jak się zdaje, jasno wyrażać swoje stanowisko i był także zdolny dostrzegać racje innych. Odnosiliśmy wtedy wrażenie, że cechami swojego charakteru ubogacał to grono, któremu pod kierunkiem ks. Szymeckiego udało się wówczas coś niezwykłego, czego chyba zazdrościli alumni innych seminariów – stworzyć klimat otwartości na teologię i doświadczenie życia duchowego Kościoła w pierwszych latach po Vaticanum II, klimat tak bardzo potrzebny młodym ludziom do duchowego rozwoju. Z prawdziwą wdzięcznością swoim Przełożonym wspominam spotkania z abp. Kozłowieckim TJ, Jeanem Vannier, Wandą Półtawską, Krzysztofem Zanussim, wizyty kard. Wojtyły… Dom przy al. Mickiewicza 3 w Krakowie był otwarty na życie – może doświadczenie Kościoła powszechnego. Te spotkania były naprawdę wydarzeniami. Przełożeni nie bali się otwarcia na nowe, choć bez wątpienia wiązało się to z pewnym ryzykiem narażenia się na krytykę ze strony środowisk wówczas mniej otwartych. W spotkaniach tych mają początek możliwości kontaktów alumnów zarówno z ruchami pochodzenia polskiego, jak również z tymi spoza Polski.

 

Pod koniec lat 60-tych ukazało się w Polsce kilka artykułów na temat Ruchu Fokolare (m. in. w poznańskim „Przewodniku Katolickim” i w „Concilium”). Ze strony alumnów zaczęły się w konspiracji prowadzone poszukiwania literatury, a przede wszystkim kontaktów. Ze swoimi zainteresowaniami tematem dzieliliśmy się między sobą. Jak zwykle, w zielonych głowach 19-latków, byłem wtedy na drugim roku studiów, był entuzjazm, był pewien sceptycyzm wobec nieznanego, były rezerwy. Tu i ówdzie wrogość, wynikająca z obaw o naruszenie seminaryjnego status quo. Ks. Bista wiedział o zainteresowaniach Ruchem kilku z nas. Mieliśmy do niego zaufanie. Z biegiem czasu okazało się, że on ma już osobisty kontakt z ludźmi związanymi z Ruchem. Nawiązał go przy okazji swoich wizyt w Erfurcie, w ówczesnej Niemieckiej Republice Demokratycznej, gdzie znał ks. Novaka, ojca duchownego tamtejszego seminarium i bp. Hugo Aufderbecka (+1981), sympatyków Ruchu. Wkrótce wyszło na jaw, że w Krakowie jest całkiem spora grupka osób sympatyzujących z duchowością Ruchu Fokolare. Nie wiedzieliśmy wtedy, na ile sam był weń zaangażowany. Ale czuć było, że niezależnie od więzi formalnych potrafił otwierać się na to „nowe”, które spotkał w tym ruchu…

Poprzez ks. Bistę, wraz z kolegami, zdążyliśmy poznać przyjaciela kard. Wojtyły (o przyjaźni tej wtedy nie wiedzieliśmy), Sługę Bożego Jerzego Ciesielskiego, tuż przed jego tragiczną śmiercią w październiku 1970 i o. Piotra Rostworowskiego (+1999), kamedułę. Spotkania te odcisnęły się mocno w naszej pamięci. A ks. Bista pozostawał na nich, jak to mówiliśmy „w tle”, wnosił wkład w tworzenie szczególnego klimatu, który uczyliśmy się rozpoznawać. Trochę ta rola grania drugich albo trzecich skrzypiec, jaką spełniał podczas spotkań nasz przełożony i profesor, była dla nas zaskoczeniem. Ale widzieliśmy podobne postawy u doc. Ciesielskiego i u innych. Dziś pewno mówilibyśmy o umiejętności „czynienia miejsca” bratu we wspólnocie (por. NMI 43). Myślę, że temperament ks. Stanisława nie ułatwiał mu zdobycia tej umiejętności, on jednak pilnie i systematycznie jej się uczył. Muszę też wyznać, że wiele, bardzo wiele razy widziałem, że zdolność tę posiadł.

„Pamiętajcie o swych przełożonych, którzy głosili wam słowo Boże…” (Hbr 13, 7) stanowiło zachętę, by skreślić kilka słów o ks. Stanisławie Biście. Chciały one wyrazić wdzięczność, pokazać fragment wdzięku jego osobowości. I chciały być życzeniem dla alumnów, by mieli takich przełożonych i chciałyby być modlitwą o takich przełożonych, którzy potrafią w znakach czasu odkryć inspirację dla ciągłej ewolucji seminarium.

 

 

[1] Por. Bista S., Zarys rozwoju instytucji naukowo-wychowawczych kleru diecezjalnego. „Śląskie Studia Historyczno – Teologiczne”, 2 (1969), s. 83 – 100.

[2] Tamże, s. 87nn; 93-94.